Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
słabe
Djerba - hotel Prima Life Garden Park
autor: Jagoda
dodane: 2006-05-19
termin-wycieczki:
1.04.- 8.04.2005

Raz zakorzeniony bakcyl podróżnika zaszczepiony przez córkę zaczął procentować. Po powrocie z Krety ciągle mnie nosiło, gdzie by się wybrać. Będąc w lutym 2005 r. na zakupach z córką, znudzona przedłużającą się jej obecnością wyszłam ze sklepu na świeże powietrze. Spacerowałam po błocie (roztopy) od początku do końca budynku, gdzie znajdował się sklep. Oglądałam wystawy, przeglądałam się w nich. I oto moim oczom ukazał się cudowny napis "BIURO PODRÓŻY" Nie zastanawiałam się nawet sekundy. A co mi szkodzi wejść i zapytać jakie mają oferty. Wiedziałam, że mogę wyjechać dopiero od 1 kwietnia. To nie prima aprilis - tak było. Bardzo uprzejmy Pan na moją prośbę o wybranie w określonej cenie jakiegoś miejsca na ziemi zasugerował pobyt na Djerbie. Pomna swoich doświadczeń z wyżywieniem natychmiast zaznaczyłam, że w grę wchodzi tylko opcja all incl. OK. Ponieważ agent wiedział, że trochę to potrwa zaproponował kawę. Ale ze mnie panisko. Słuchałam z rozdziawionym pyskiem co też mogę i za ile zwiedzić. Udawałam światowca bo wstyd, że tak mało wiem o świecie. Wreszcie padła nazwa Djerba - wyspa koło Tunezji. OK. Pomyślałam - gdzie Tunezja wiem. Dobra nasza, dam radę. Konferując z agentem blisko godzinę zapomniałam, że córka może mnie szukać. My byliśmy już w trakcie finalizacji umowy kiedy znalazła mnie u niego córka. Była zadowolona z mojego wyboru bo i kraj nie był mi znany i kultura. Oczywiście natychmiast po powrocie do domu weszłam na forum turystyczne gazety i rozpoczęłam nawiązywanie kontaktów z osobami, które były w hotelu Prima Life Garden Park. Otrzymywałam od ludzi bardzo szczegółowe informacje odnośnie miejsca, jedzenia, rozrywek. Przeglądarka w kompie była w ciągłym ruchu. Wszystko co mi przekazano sprawdzałam na innych forach. Ponieważ leciałam w kwietniu ciągle przeglądałam stronę Eximu i sprawdzałam jak jest pogoda. Wiedziałam zatem jakie ciuchy wrzucić do walizki. Przygotowałam sobie wszelkie kremy z filtrem, kostium plażowy, kapelusik i mogłam zaśpiewać "bądź gotowy już do drogi". Na lotnisku miałam znowu pietra jak to będzie. W autobusie, który miał nas dowieźć do samolotu poznałam młodych rodziców z 2 letnią córeczką jak się okazało również z Warszawy i mieszkających ode mnie kilka przystanków autobusowych. Gabrysia miała przyszywaną babcię na czas wyjazdu a młodzi towarzystwo w podróży. Wprawdzie samolot linii tunezyjskich odleciał z 50 minutowym opóźnieniem ale zmierzałam ku nowej przygodzie. Ale raz kozie śmierć. A widok z okna samolotu - uff cudeńko. Dolecieliśmy do Monastyru gdzie nikt nas wcześniej nie poinformował o tym międzylądowaniu. Na pozostałych pasażerów udających się na Djerbę czekaliśmy blisko godzinę i znowu w drogę. Ale ten lot już był krótki i wreszcie lotnisko w Zarzis. Po odebraniu bagażu, rezydentka poprowadziła nas do autokaru, którym pojechaliśmy do celu naszej podróży. W drodze opowiadała nam o wadach i zaletach pobytu na Djerbie, o handlu, o różnych zachowaniach turystów, o targowaniu się, jak ustrzec się dolegliwości żołądkowych itp.

Nareszcie jesteśmy na miejscu. To co nas spotkało nie było wymienione ani na forum ani w żadnym katalogu, ani w bezpośrednich rozmowach. Tajemnica. A witani byliśmy muzyką, przechodziliśmy pod szpalerem z gałęzi palmy i powitalnymi drinkami. Animatorzy z hotelu oraz jakaś część personelu poprzebierana była w stroje - powiedzmy arabskie. Muzyka skoczna.Nie wiem czy wszystkie grupy były w ten sam sposób witane. Dla mnie było to ogromnym zaskoczeniem. Zdjęcia które zrobiłam juz będąc na Djerbie były powitaniem innej grupy. Po czym rączym kroczkiem podążyliśmy do recepcji. Po wypiciu powitanego drinka (za ten w przeciwieństwie do Krety nie trzeba było płacić). Prawdę mówiąc ten drink to jakiś sikacz. Przydzielanie pokoju, wręczanie klucza do niego i karty na all incl. przebiegało bardzo sprawnie. Następnym zaskoczeniem dla mnie była organizacja hotelu w sprawie przeniesienia bagażu. Kochani to nie ja dźwigałam walizkę a pracownik Garden Parku. Obserwowałam całą drogę, która owy przystojniak mnie prowadził, abym z powrotem trafiła do recepcji. Tam bowiem znajdował się też kantor wymiany walut, co na takim pustkowiu ma ogromne znaczenie. Młodzi z Gabrysią dostali pokój w tym samym budynku na parterze, ja na drugim piętrze. Umówiliśmy się, że po szybkim rozlokowaniu spotykamy się na dole i idziemy na kolację. Natychmiast przeleciałam pokój z szybkością perszynga, gdzie co jest, gdzie klima, gdzie pewne miejsce, którego wstydzę się wymienić. Ponieważ przed wyjazdem skontaktowałam się na forum z pewnym panem - Polakiem z pochodzenia poczekałam na niego 9najpierw wysłałam sms o treści - jestem, pokój 854 - czekam). Ciągle łapię się na tym że przekazuję skrótami telegraficznymi. Po ok. 15 minutach wymieniłam przywiezione gazety i wódeczkę ze strefy bezcłowej na zbawienna wodę mineralną niegazowaną. Umówiliśmy się po kolacji na powitalnego prywatnego drinka. Kolacja była kontynentalna. Myślę, że każda maruda znalazła coś dla siebie. Szczęśliwi, że jesteśmy na miejscy, z pełnymi brzuchami mogliśmy się zrelaksować. No ta wódeczka na powitalnego drinka była nawet owszem owszem. Moi znajomi jak wiecie byli z 2 letnim dzieckiem więc niedługo potem towarzystwo się rozpierzchło każdy w swoją stronę, Gabrysia spać z rodzicami, Ów Polak ze swoimi znajomymi, które jak się okazało siedziały na mną w samolocie a ja sama, bidula stwierdziła , że spać z kurami nie chodzę i poszłam obejrzeć wieczorne show wystawiane przez animatorów. Najpierw jednak dla rozgrzewki było cos w rodzaju dancingu. Oj skakały nóżki na podłodze. Show skończyło się przed północą, co bardziej wytrwali zmienili amfiteatr na powietrzu na salę dyskotekową w środku głównego budynku. A ja zmęczona wrażeniami poszłam spać. Nie był to jednak pełen wypoczynek, łóżko ze 2 metry szerokie, w pokoju cieplusio, a ja z głowa w chmurach myślałam co będzie dalej.

Z moją zaprzyjaźnioną rodzinką miałam się spotkać na śniadanku. Śniadanko kontynentalne, kawa, herbata, mleczko i ew. soczki, świeże jeszcze ciepłe bagietki (pychota) i masełko uskrobane łyżeczką zrokowane. Takie porcje były ułożone na sporej paterze. Do śniadanka zawsze były pomarańcze i figi. Żyć nie umierać. Postanowiliśmy z rodzicami Gabrysi na spacer po plaży. Było dość pochmurnie jako że kwiecień to u nich pora deszczowa. W dzień było wprawdzie wietrznie ale słonecznie, wieczorem zaś taka oto pogoda z kapuśniaczkiem. Spacer był bardzo przyjemny i relaksujący. Po spacerze co już na przyszłość zaowocowało rutyną szliśmy do barku na winko, kawusię i dla dzieci soczki. Siedzieliśmy więc w holu głównym, gdzie mieliśmy przegląd wszystkich turystów. Szczególną uwagę zwrócił typowy "mięśniak" z zespołem ABS (absolutny brak szyi). Patrząc na niego żal ściskał serce bo na własną prośbę robił sobie krzywdę. Teren hotelu czysty, a dużą ilością zieleni. Wychodząc na plażę przechodziliśmy koło M1 kotów hotelowych. Nawet koty mają swoje lokum. Super. A zaraz za płotem czekała nas niespodzianka. Stał sobie zaniedbany wielbłąd ze swoim opiekunem. Za przejazd na grzbiecie chciał 5 dinarów, a za zdjęcie 2 dinary. Oczywiście to była cena wyjściowa. Ja za jedno zdjęcie (a zrobiłam 4) nie zapłaciłam ani pół dinara. Dlaczego? Patrzyłam na tego wyleniałego, zaniedbanego wielbłąda, przywiązanego do drzewa, bez grama wody o jedzeniu nie wspomnę. Jedno co widziałam i mogę stwierdzić z całą pewnością - o zwierzęta się tam nie dbam. Pomyślałam- poczekaj tłumoku dam ci nauczkę. Zażyczyłam sobie zrobienie zdjęcia z wielbłądem. W końcu to Afryka - trzeba mieć pamiątkę z egzotycznymi zwierzętom. Podeszłam więc do biedaka, wzięłam go za "uzdę" i prosiłam właściciela o pstryknięcie. Zrobił to ale cyfrówki mają to do siebie, że jak się pokaże zrobione zdjęcie to natychmiast pojawia się opcja robienia dalszych zdjęć. Podeszłam więc do niego i mówię, że zdjęcia nie ma. On na migi mi pokazał że zrobi jeszcze jedno, ja owszem. Mój numer się powtórzył w sumie 4 razy (zdjęcie w różnych ujęciach). Wreszcie doszło do finalizacji 0 ja nie ma zdjęcia nie ma dinarów. Pokazuję mu aparat (nie przestawiałam na podgląd zdjęć). No i ciemna masa się nabrała. Jednak nawet kobieta to istota myśląca. Nabrałam właściciela ale skrzywdziłam biedne zwierzę, przecież ona na tego chłystka pracował. Trudno. Przyznaję się do błędu. O kąpaniu się w morzu nie było mowy, ale spacery poza terenem hotelu były niesamowitą frajdą. Na terenie parku znajdował się też plac zabaw dla dzieci. wracając ze spaceru niemal zawsze z Sylwią odpoczywałyśmy na dziecięcych huśtawkach. Dobrze, że się pode mną nie zarwała, ale byłoby kino.

Przy dużym szczęściu w ciepły dzień (przecież nie zawsze było zimno i wietrznie) kąpałyśmy się w basenie i korzystałyśmy z areobiku wodnego.To nie wszystkie rozrywki serwowane przez animatorów. Animatorzy w hotelu wypełniali czas po brzegi. Właściwie nie mieliśmy potrzeby zwiedzania. Wystarczyło robić przegląd turystów i ich zachowań. Ale my ludzie ciekawi wiedzy postanowiliśmy pojechać do najbliższego miasteczka, oddalonego o 6 km od Aghir gdzie mieszkaliśmy do Midun. Zapakowaliśmy wózek Gabrysi do taksówki i w drogę. Z ciekawością spoglądaliśmy przez szybę taksówki na migające nam przed oczyma krajobrazy - pusto, pusto, pusto, jakiś hotel. Tak wyglądała droga. W każdej taksówce obok miejsca kierowcy przed przednią szybą znajduje się mapa. Kierowca zatem nie ma wątpliwości gdzie ma jechać. Zresztą nie było z tym problemu. Piszę o tym dlatego, że jeśli ktoś wybiera się za granicę nie znając języka nie ma się czego obawiać. Mówię to z własnego doświadczenia. Po kilku minutach pojechaliśmy. Byliśmy szalenie ciekawi jak wygląda słynny targ w Midun. A na nim jak na każdym targu: mydło szydło i powidło. Ja myślałam bardziej jak spełnić prośbę córki i kupić jej przyprawy. Z Panem Piotrem (fotografem z Polski - mieszkającym na Djerbie wcześniej konferowałam co i za ile można kupić aby nie przepłacić. Tak też się stało. Z jednym z arabów targowałam się długo i uparcie. Chciał za saszetkę przypraw 10 dinarów. Od P. Piotra wiedziałam, że mogę zapłacić max. 2 dinary. Oni wszyscy najchętniej posługują się notesikiem i długopisem gdzie wpisują swoją cenę, jak ich nie zadawala pytają jaka jest moja ostateczna cena. Pomna tych przestróg mówiłam 2 dinary. I tu można pęknąć ze śmiechu, targowałam dość długo, wreszcie pomyślałam, jeszcze tu wrócę, Oglądaliśmy też wyroby garncarskie z których słynie Djerba. Spacerując wokoło tego targowiska znalazłam tzw. supermarket. Tu niestety ceny sztywne, kupuje się za tyle za ile sprzedają. Oczywiście, że znalazłam taki sam zestaw przypraw właśnie za 2 dinary. Kupiliśmy też sobie różne pamiątki, wodę i z powrotem do hotelu. Po poobiedniej drzemce Gabrysi siedliśmy przy basenie i oglądaliśmy jednego z animatorów prowadzącego zajęcia z aerobiku. Przez cały dzień można było siedzieć i słuchać muzyki oczywiście z przerwą na posiłki. Wieczorem to już weszło nam w nawyk zamawianie winka, piwa, kawki. Jak która uwielbiam "plujkę" zmuszona byłam przez tydzień "raczyć" się cappucina". Trudno. Trzeba umieć się dostosować. Wieczorem kiedy rodzice Gabrysi szli ułożyć dziecko spać ja szłam pod amfiteatr i oglądałam wieczorne show. Część z nich nagrałam kamerą.W Midun na targu kupiliśmy sobie pamiątki, ale przedtem odwiedziliśmy bank. Właściwie nawet nie trzeba było mówić o co chodzi. Wyciągnięta ręka z walutą euro lub dolarami mówiła sama za siebie. Po powrocie z targu spędzaliśmy dzień niemal jak każdy inny. Ja dodatkowo aby się nie nudzić w czasie kiedy Gabrysia spała szłam do salki mauretańskiej oczywiście z kawusią i drinkiem powąchać zapachu sziszy. Paliłam tylko na zewnątrz. Pomieszanie zapachów byłoby zabójcze w swoim oddziaływaniu. Nie mniej zapach sziszy przypominał mi odrobinę Amfory palonej w fajce. Oczywiście animatorzy "stawali" na głowie aby zająć turystów. Zawsze siadałam przy basenie tak aby wszystko widzieć. Muzyka leciała non stop, rytmy głównie disco. Organizowane były np. konkursy mini golfa, strzelania z łuku. A przed południem była joga i areobik wodny. Nawet któregoś dnia (a była w miarę ładna pogoda) ćwiczyłam w basenie areobik. Wezwania do uczestniczenia w nim ku uciesze polaków były w języku polskim. Tak samo było np. w wieczornym bingo. Cyfry powtarzane były w kilku językach. Wieczorem po kolacji, aby się posiłek dobrze rozmieścił w brzusiu chodziliśmy na spacery wzdłuż plaży. W czasie tego pierwszego pobytu postanowiłam zaszaleć. Chodził po terenie hotelu pracownik (okazało się że nie animator) oferujący tatuaż hennowy. . Zaszalałam i zażyczyłam sobie umieszczenie go nad lewą kostką. Zapłaciłam wprawdzie jak cygan za matkę ale cóż. Niestety ów "gentelmen" parał się chyba dodatkowym zajęciem "Żigolaka". Myślałam, że zrozumiałam go opatrznie przez swój słaby angielski, ale okazało się że jego intencje odczytałam prawidłowo. Nie podałam mu numeru pokoju i unikałam go do końca pobytu. We właściwym zrozumieniu jego szaleńczych intencji utwierdziła mnie mama Gabrysi jako że i jej oferował wiadome usługi. Kurza morda - emerytka mogącą być jego matką. Ani urody gwiazd Hollywoodu, ani figury Twiggy a tu taka propozycja?????? Uśmiałam się potem setnie. No cóż nieważne z kim aby zarobić - widocznie takie było jego motto. Telewizja była tylko arabska, niewiele można było zrozumieć jeśli cokolwiek można wysnuć po reportażach. Atmeosfera była raczej smutna - byliśmy tam w czasie odejścia od nas Ojca Świętego. Nastrój ten wyczuwał się bardzo wyraźnie wśród polaków. Niestety jedna z pań hołdowała zasadzie, nikt mnie nie widzi, nikt mnie nie zna. Właściwie przez tydzień pobytu nie widziałam jest w stanie wskazującym na ...................trzeźwość. Tych nietrzeźwych naszych rodaków niestety nie było mało. Wstyd, ale dlaczego później nasi rodacy mają pretensje o złe traktowanie. To oczywiste. Jednym z takich osób był chyba były pracownik służb b. mający jakiś ośrodek wypoczynkowy nad naszym morzem. Wybrał się na wycieczkę na wyspę flamingów. Po południu wychodząc po powrocie, wycieczka nieudana, flamingów nie było. Ale był powód do trunkowania. W cieplejsze dni mogliśmy korzystać z basenu. Między basenem dla dorosłych i dla dzieci była jakby wchodząca w głąb basenu budowla - chyba przepompownia wody. Wchodziło się po schodach na górę, a widok był piękny. Obracając się dookoła oglądaliśmy cały kompleks naszego hotelu. Oczywiście nie wytrzymałam i zażyczyłam sobie zrobienie zdjęcia. Ale też w czasie tego pobytu zaszalałam. Chodzący po terenie hotelu macher od tatuażu oferował zrobienie z henny gdziekolwiek na ciele rysunek. Jak twierdził to co nas pokazywał to były jego dzieła. Nie było to takie tanie. Najpierw byłam dość oporna. Najpierw sugerowałam się, że w moim wieku nie wypada, potem znajdowałam inną przyczynę - był oprócz ciemnej karnacji do złudzenia przypominający mojego byłego męża. Niestety ów "GARFOMAN" oferował też inne usługi. W końcu uległam emocjom i zafundowałam sobie nad kostką różę. Pokazywałam zdjęcie na nazwanej przeze mnie przepompowni wody. Poniżej był basen którego oświetlenie wieczorne sprawiało jakbyśmy siedzieli na tratwie na wodzie. Naprzeciwko tego barku była nazwana przez mnie rura która zjeżdżało się do basenu. Jeśli ktoś znając mnie powie że skorzystałam z tego to się myli. Jako urodzony tchórz oceniłam głębokość basenu po zjeżdżaniu tą rurą jest dla mnie za głęboko. Ja niestety do dobrych pływaków nie należę (prawie wcale nie umiem pływać). Czuje się dobrze jak czuje grunt pod nogami. Była też mniejsza rura dla dzieci, ale tu wstyd - stara krowa na zjeżdżalni dziecięcej. Dałam sobie spokój. Za to wieczorami animatorzy dwoili się i troili dla umilenia nam czasu. Jak to radocha siedząc w głównych holu móc obserwować innych, popijać kawusię i np. winko, delektować się papieroskiem i słuchać muzyki granej na bębnie.

A pobyt zbliżał się ku końcowi. Postanowiłam jednak, że i miejsce i atmosfera jest dla mnie miła - zbiorę kasę i przyjadę ponownie. Po powrocie do domu - juz kombinowałam kiedy i za co wyjadę. Długo nie musiałam czekać. Ale mądrzejsza o dwukrotne pobyty za granicą natychmiast zaczęłam poznawać ludzi na forum aby zebrać grupę. Zawsze w grupie milej i sympatyczniej. A GRUPA OKAZAŁA SIĘ R E W E L A C Y J N A

23.09.-30.09.2005

Na drugi wylot na Djerbę czekałam aż 5 miesięcy. Oczywiście cały czas działałam na forum. Wiedziałam że wybiorę się do tego samego hotelu i znałam przynajmniej w przybliżeniu miesiąc wylotu. A wylatywałam 23 września 2005 r. Na miesiąc przed wyjazdem, mając juz voucher prężnie przystąpiłam do zbierania grupy z która mogłabym spędzić miło czas. Najpierw szło mi dość opornie, a raczej inni byli niezbyt zorganizowani. Ja jestem dośś uparta. Ponawiałam swoje pytania kto leci w moim terminie. Kilka osób wyraziło chęć rozmowy czy raczej współpracy ze mną. Wreszcie jakoś doszliśmy i na forum i prywatnie w korespondencji emailowej do porozumienia. Miałam przylecieć 23 tj. w godzinach lunchu. Więc z jedna młoda parą i jedną Panią (młodszą ode mnie) umówiłam się na godź 10.00 rano w sobotę przy recepcji. Oni lecieli samolotem w nocy z piątku na sobotę. Jak się wyśpią to przyjdą. Ok. Byłam jednak pełna nadziei, że chociaż zechcą zobaczyć z kim się umówili z czystej ciekawości. O godź 6.20 byłam już na lotnisku, rozglądałam się ciekawie kto leci na Djerbę, dość uważnie studiowałam twarze a nuż spotkam się z nimi na jakiejś wycieczce. Zaraz po wejściu do samolotu który leciał z Djerby przez Wrocław do Warszawy i ponownie na Djerbę okazało się, że miejsce które mi przydzielono jest zajęte. Siedziałam tam przeurocza para. Piękna blondynka z włosami do pasa, zadbanymi, ze zrobionymi pasemkami, nogi do szyi a obok niej pewny siebie młodzian, wygadany ale sympatyczny. Ponieważ w samolocie było dużo miejsc, można było sobie wybrać przy oknie czy nie? Ganc pomada. Siadłam jednak na trzeciego i zaczęliśmy pogawędkę. Pomna jak poznałam małżeństwo na lotniku w Warszawie pomyślałam znowu mam towarzystwo. W trakcie rozmowy wyszło, że lecą do tego samego hotelu tylko na 2 a nie na 1 tydzień. Dobra nasza. Opowiedziałam im jak się umówiłam z ludźmi z forum, w ten sposób zbierając towarzystwo. HURA - będzie nas więcej. Młodzi Martusia z Krzysiem okazali się świeżo poślubionymi małżonkami w podróży poślubnej. Dolejechaliśmy do hotelu. Uprzedziłam ich o sposobie witania. Byli zaskoczeni ale też zauroczeni. Po rozpakowaniu wróciliśmy do barku na drinka, omówiliśmy co możemy robić i umówiliśmy się na śniadania. Młodzi muszą być sami. Poszłam więc sama na wieczorne show gdzie przedstawiano HOLLYWOOD PRODUCTION - rewelacja, Parodia w wykonaniu animatorów Greese, albo Zorro to prawdziwy majstersztyk. Powalona wrażeniami i jednak trochę zmęczona poszłam spatki, a rano,......

A rano, po śniadanku z Marta i Krzysiem zasiedliśmy w holu głównym blisko recepcji. Słoneczko grzało, myśli leciały ku plaży a my czekaliśmy na resztę grupy. Oczywiście natychmiast zamówwiliśmy w barku kawusię i cierpliwie spoglądaliśmy na zegarek żeby juz była 10.00. Byłam pełna obaw czy towarzystwo się ujawni. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Zbliżała się godzina zero. Marta z Krzysiem chętnie by juz plażowali ale poprosiłam ich o chwilę cierpliwości. Mówię - słuchajcie jak ci ludzie z forum nie pojawią się idziemy się opalać. W tym momencie zza pleców słyszę "ty jesteś Jagoda z forum". Odwracam się i widzę: trzy osoby, dwoje młody i jedna Pani. Natychmiast zadziałały zasady dobrego wychowania i przedstawiliśmy się sobie. Był to Paweł z żoną i Hanusia. Okazało się że Hanusia juz wcześniej dogadała się z Pawłem i Dominiką jak mnie znaleźć. Co się okazało w trakcie rozmowy, że to juz druga para w podróży poślubnej. Kurza blaszka ale miałam fart. Odpowiedziałam na wspólne pytania odnośnie hotelu, animacji, rozrywek i form zwiedzania. Wszyscy okazali wielkie zainteresowanie a ja wreszcie byłam w centrum uwagi. To uczucie było boskie. Doszliśmy jednak do wniosku, że aby zabalować trzeba wymienić kasę. Ponieważ jak przyleciałam najwcześniej ten głąb z recepcji nie mógł albo nie chciał wymienić forsy na dinary. Miała być możliwość wymiany po południu. Zanim jednak udaliśmy się do swoich pokoi aby wziąć ze sobą akcesoria plażowicza byliśmy świadkiem awantury przy recepcji. Chodziło o próbę zamiany pokoju. Kobieta dopłaciła do singla a dostała norę zaadaptowaną ze schowka na szczotki, ani tarasu, ani klimy, nora ze 4 m kwadratowe. Recepcjonista nawet nie próbował pomóc. Ja go z widzenia znałam z poprzedniego pobytu. Doradziłam więc kobiecie aby zaczekała na spotkanie z rezydentką. Recepcjonista albo miał takie polecenie albo nie lubił Polaków. Kto go wie. Zdenerwowani poszliśmy jednak na plaże nie wiedząc co nam przyniesie dzień. Słoneczko świeciło dość mocno. Znaleźliśmy bez trudu leżaki, nalożyliśmy grubo kremu na nasze ciałka. Było nas sześcioro, ale jakimś dziwnym ale szczęśliwym dla nas zbiegiem okoliczności dołączyli do nas następni młodzi ludzie. Kamila z Markiem. Towarzystwo moje powiększyło się więc o następne dwie osoby. Nie uwierzycie, ale oni wszyscy czyli trzy pary to młodzi małżonkowie w podróży poślubnej z czego dwie pary brały ślub tego samego dnia. Rany - coś takiego mogło się tylko mnie trafić. Swoją droga to jestem farciara. A oto cała MOJA GRUPA. Po południu czekało nas spotkanie z rezydentką.

Na spotkanie z rezydentka stawiliśmy się obowiązkowo. Panią Anię znałam z poprzedniego pobytu. Zanim doszło do przekazywania ile wycieczek, za ile i tp miała ona ciężki orzech do zgryzienia. Powiadomiona o tym jaki przydzielono tamtej Pani pokój rozpoczęła negocjacje z głównym recepcjonista, który był chyba głupszy niż na takiego wyglądał. Rozmowa była nie ukrywam dość burzliwa. On swoje, rezydentka swoje. A tak się P. Ania wzburzyła, że zażyczyła sobie rozmowy z dyrektorem hotelu, który był w domu. P. Ania dzwoniła ze swojej komórki. Może nie odbierał bo mu wyświetlało numer a nie bardzo miał ochotę na rozmowę. P. Ania poprosiła o połączenie z aparatu recepcyjnego. Pomocnik recepcjonisty tak ukrył aparat że nie wiadomo było czy rzeczywiście dzwoni. Wreszcie dodzwoniła się i ja która niewiele znam angielski zrozumiałam, jak ta krucha kobietka miesza z błotem samego dyrektora. Obiecał wymianę pokoju nazajutrz zaraz po śniadaniu. Dla relaksu siedliśmy przy kawce. Jakież było zdziwienie owej Pani która poszła do pokoju przebrać się do wyjścia na spacer i zastała pracownik hotelu pod jej "schowkiem na szczotki" i wręczył pismo o tym, że pokój już na nią czeka. Wreszcie miała taki sam jak ja. A cofając się trochę w czasie w trakcie drugiego pobytu miałam numer pokoju o 1 mniejszy niż za pierwszym razem. Uśmiałam się z tego serdecznie. Po spotkaniu z rezydentką, ponieważ ciągle nie mogliśmy wymienić pieniędzy udaliśmy się na poszukiwanie innego hotelu z kantorem. A trzeba Wam wiedzieć, że one wszystkie maja możliwość wymiany. Po drodze robiliśmy sobie zdjęcia przy tablicach z napisami arabskimi, niech nikt nie wątpili gdzie byliśmy. Nie byłam gorsza i również poprosiłam Hanusię o pstryk pstryk,. Zresztą robiliśmy sobie zdjęcia wzajemnie. Nie trzeba było prosić miejscowych. Czy wymiana pieniędzy doszła do skutku?????? Po wielu kilometrach naszej wędrówki w poszukiwaniu hotelu z kantorem do wymiany mieliśmy dość. W każdym hotelu dokąd dotarliśmy to albo nie było kantoru? albo nie wolno było tam wymienić bo tylko dla ich turystów, a wreszcie gdy dotarliśmy do hotelu obok naszego kazano nam czekać ok. pół godziny. Dobra nasza - nie odprawiono nas z kwitkiem, jest szansa. W oczekiwaniu na tą możliwość cała grupą poszliśmy ten hotel zwiedzić. W końcu pięciogwiazdkowy Vincci Alkantara Thalasa. Oceniliśmy jego gwiazdki. Owszem hol piękny, posadzka marmurowa, w środku holu fontanna. Wyszliśmy na główny taras. Widok ładny (zauważcie że nie piszę piękny). Doszliśmy do wniosku, że basen u nich jest jeden, mały, a na dodatek daleko do plaży. Wróciliśmy za blisko godzinę i okazało się że nie mamy szczęścia. Wymiana nie doszła do skutku. Zdenerwowanie nasze sięgnęło zenitu. Co to za porządki. Gdybyśmy chcieli jechać do Midun to za co jak nie mieliśmy miejscowej waluty. Szlag by to trafił. Ale to nie w naszym stylu długo zachowywać zdenerwowanie. Wróciliśmy do hotelu, panowie zamówili dla nas kawkę i winko, dla siebie piwko. I jak się później okazało i weszło w nawyk siedliśmy nad basenem na "naradę produkcyją". Zawsze na tych naszych wieczornych spotkaniach wymienialiśmy poglądy i robiliśmy plany na następny dzień. Nie ukrywam, że przewodniczyłam tej Radzie Programowej jako osoba, która już poznała trochę i okolice i sposób wypoczynku. Ciągle dręczyła nas myśl jak wymienić kasę. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że na spotkaniu następnego dnia z rezydentem - tym razem panem zwanym przez turystów "KOJAKIEM" wyjaśnimy sprawę braku waluty w kantorze. Oczywiście na tych spotkaniach mówiliśmy także o sobie, aby się lepiej poznać. A było co opowiadać, młodzi mówili o swoich ceremoniach ślubnych a my z Hanusią słuchałyśmy i wspominałyśmy jak nasze córki brały ślub, jakie były suknie, wiązanki, co goście jedli itp. Przy tym było śmiechu co niemiara. Po kolacji uzgodniliśmy wspólnie oglądać wieczorne show. A było co oglądać. Przysięgam wam. Zawsze na tych naszych wieczornych spotkaniach wymienialiśmy poglądy i robiliśmy plany na następny dzień. Nie ukrywam, że przewodniczyłam tej Radzie Programowej jako osoba, która już poznała trochę i okolice i sposób wypoczynku. Ciągle dręczyła nas myśl jak wymienić kasę. Obejrzeliśmy wieczorne show przy piwku, winku po czym w ciut lepszych nastrojach poszliśmy spać. Następnego dnia zaraz po śniadanku ruszyliśmy na plażę. W końcu po co człowiek poleciał do ciepłych krajów. "Wypada" przywieźć trochę słońca na plecach. Jako osoba niezbyt umiejąca pływać brodziłam sobie po wodzie popychana dość dużą falą. Niedaleko od brzegu była w wodzie taka wspaniała pryzma olbrzymich kamieni. Bardzo chciałam tam wejść do zdjęcia, ale okazało się to niemożliwe, bowiem kamienie były bardzo śliskie, fala dosłownie przewracała. Bałam się, że złamię sobie nogę lub nie daj Boże złamię kark. Po przedpudniowej zabawie w wodzie poszliśmy na obiadem i swoim zwyczajem nawet przy obiedzie buzie się nam nie zamykały. Pomysłów na spędzenie czasu mieliśmy mnóstwo. Siadając przy basenie mogliśmy bez problemu obserwować pracę animatorów. A trzeba Wam wiedzieć, że dopuściłam się przestępstwa. Przed wylotem znajoma (której nigdy nie widziałam, a poznałam na forum) przysłała mi paczkę do wręczenia jednenu z nich tj. animatorów. W chwili powitania powiedziałam mu, że mam dla niego paczkę i od kogo. To on odprowadził mnie do pokoju gdzie ów upominek mu wręczyłam. Od tej chwili zawsze kiedy mnie widział usmiechał się do mnie. Drugi którego tez znałam ciągle coś do mnie zagadywał, ale ja niekumata w angielskim odpowiadałam półsłówkami. Ale zażyczyłam sobie wspólne zdjęcie, a co?

Doczekaliśmy wreszcie wieczoru, kiedy zjawił się KOJAK i wreszcie.......... Wreszcie doczekaliśmy się KOJAKA. Wyszliśmy przed hotel jemu na spotkanie. Człowiek ten jest pełen poczucia humoru. Przywitaliśmy go a raczej ja słowami "nareszcie królu jedyny" Przedstawiliśmy mu nasz problem z wymianą pieniędzy. Nie wiem skąd ale on o tym wiedział. W związku z tym przyniósł ze sobą kasę i bardzo rzetelnie nam ją wymienił. Poinformował nas o wycieczkach gdzie i za ile. Nowością było wprowadzenie jednodniowej wycieczki na Saharę. Mówię nowością, bo w czasie mojego pierwszego pobytu wycieczka była jedna. A wyglądało to następująco - ferma krokodyli - 13 dinarów z własnym dojazdem, wycieczka dookoła wyspy 22 dinary, Sahara ok. 180 dinarów, dwudniowa a jednodniowa 90 dinarów. Zaczęliśmy analizować i rozpatrywać gdzie kto pojedzie, jak wykupiłam wycieczkę dookoła wyspy a ze mną Marta i Krzysio, Hanusia, Paweł i Dominika jedniodniową Saharę. Jedynie Kamilka i Marek nie mogli się zdecydować. A ponieważ zostawali jeszcze tydzień to mieli czas na przemyślenia. Mieliśmy pieniądze mogliśmy już sobie zarządzić samodzielną wycieczkę na zakupy do Midun. Wieczorem jak zwykle show. Był tez czas w środku dnia nawet na drinka przy basenie. Brałyśmy udział w wodnym areobiku. Rany ależ to była frajda. W poniedziałek pojechaliśmy dwoma taksówkami do Midun. Pochodziliśmy po bazarze, kupiliśmy sobie pamiątki. Ja bardzo chciałam kupić piękny szaliczek i oczywiście pareo. Nasze dziewczyny takie miały i szalenie mi się to podobało. JA TEŻ CHCIAŁAM MIEĆ TAKIE. Po targach co jest w ich zwyczaju kupiliśmy co trzeba. Ale nam ciągle było za mało. Wsiedliśmy znowu w taksówki i pojechaliśmy do następnej miejscowości. Nazwy nie pamiętam. Był tam supermarket. Zaopatrzyłam się w chałwę, wodę mineralną. Wracaliśmy już jak było ciemno. Szokujący to widok. Co kilkaset metrów latarnia a tak ciemno "jak u murzyna na czarnej kawie". Ja zawsze siedziałam przy kierowcy. Płaciłam a w hotelu kwoty zapłacone przeze mnie dzieliliśmy między ilość osób jadących taksówką i natychmiast się rozliczaliśmy. Było to bardzo dobre posunięcie. Gdybym jechała np. sama to w obie strony do Midun zapłaciłabym ok. 5 dinarów, a tak na osobę wypadało ok. 2 dinarów. Czysty zysk dla wszystkich. Nasze poranki wyglądały mniej więcej tak samo. Po śniadanku chodziliśmy na plaże oddawać się rozkosznym kąpielom słonecznym. Trzeba było jednak bardzo uważać. Tu słońce opala trochę inaczej niż nasze. Codziennie też wypatrywałam na plaży obok ekipy prowadzącej loty spadochronowe za motorówka. Wiatr był dość silny i za duże ryzyko. A po południu chodziliśmy na spacery. Między jedną a drugą plażą był wchodzący w morze kawałek lądu przypominający molo. Dochodziliśmy wtedy do starej latarni morskiej. Któregoś popołudnia poszliśmy tam jak zwykle. Był wtedy odpływ. Urzekł nas widok zakotwiczonej łodzi ok. 500 metrów od brzegu i idącego do niej rybaka. Woda sięgała mu do kolan. Nasze młode dziewczyny jak kozice górskie skakały po kamieniach, które stanowiły wzmocnienie tego mola. Najpierw usłyszeliśmy krzyk a potem dopiero zorientowaliśmy się, że dziewczyny zaraz przy tych skałach dojrzały kraba. I co zrobiły - oczywiście zeszły na dół. Żywe uciekły, a ten którego znalazły był niestety martwy. Ale została pamiątka. Po powrocie do hotelu na podwieczorek (dopiero podczas drugiego pobytu dowiedziałam się że jest coś takiego). Uwielbiam frytki to na nie chodziłam, ale nie codziennie. Nie mieliśmy czasu się nudzić, bo albo pływaliśmy w basenie, albo trwały nasze rozmowy na szczycie, albo rozmowy niekontrolowane. Byliśmy w sowim towarzystwie bardzo zgrani. To dziwne, bo przedtem nigdy się nie widzieliśmy. Przy wieczornym drinku omówiliśmy plan na następny dzień. Jedziemy na farmę krokodyli. Nie wykupowaliśmy tej wycieczki u KOJAKA. Dojazd i opłacona u niego wycieczka okazała się za droga. Czas upływał błyskawicznie a ja z uporem maniaka krzyczałam "Nie wyjadę dopóki nie polecę" Siła wyższa. Czekałam na pogodę w miarę bezwietrzną 3 dni poczekam i czwarty. Niebo było ciągle pochmurne, ale kąpać się tak jak Paweł nie było problemu. Grunt to umieć pływać.

Następnego dnia ruszyliśmy na plaże. Po krótkiej kąpieli dojrzałam zjawiskowy widok. LATAJĄ. O kurza blaszka, Wreszcie i ja polecę. Codziennie na plażę nosiłam aparat fotograficzny i kamerę. Było nas 8 osób zawsze ktoś może zrobić fotkę lub nagrać. Tak długo czekałam i doczekałam się. UUUUFFFFF. NARESZCIE!!!!!!!!!! Jak tylko zobaczyłam, że loty będą modliłam się w duchu aby wiatr pozostał o tej samej sile a najlepiej mniejszy. Sięgnęłam szybko do torby plażowej gdzie nosiłam kamerę i myślałam że mnie szlag trafi. Marek Zwrócił mi uwagę że nie ma przy niej akumulatora. No i po herbacie. Bardzo się zdenerwowałam bo bez niego to już szmelc. Gdzie będę szukać potem w Polsce serwisu, a najważniejsze tak bardzo chciałam mieć uwiecznione moje latanie. Miałam też ze sobą swoją cyfrówkę, więc zostały mi tylko zdjęcia. No cóż niewielki wybór. Oczywiście Marek natychmiast zdeklarował nagranie swoją kamerą cyfrową. Wzięłam więc swoje bambetle i razem z Markiem, Kamilką i Dominisią pomaszerowaliśmy na plażę obok skąd te loty odbywały się. Kamilka "zasięgnęła" języka u obsługi. Wiedziałam, że sama mogę lecieć za kwotę 15 dinarów (wiedza od ludzi z forum). Niżej tej kwoty to marzenie ściętej głowy. Jako osoba myśląca wiedziałam, że sama nie polecę, nie umiem sterować, nie umiem pływać. Co robić. Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie lądującą w morzu, przykrywa mnie czasza spadochronu i nie ma szans na wydostanie się z wody. Szybko podjęłam decyzję za 20 dinarów lecę z młodym przystojniakiem. Targi trochę trwały, ale Kamilka była nieustępliwa i zgodzili się na tą kwotę. Zaczęliśmy przygotowania do lotu. Najpierw włożenie kapoku i nałożenie uprzęży, potem niestety trzeba było podać wagę. Pewnie żeby wyregulować napięcie i siłę do ciągnięcia przez motorówkę. Wszystko zostało przygotowane, zapłacone awansem i w drogę. Nie wiedziałam jak wygląda start więc byłam zaskoczona jak lina się napięła i po dosłownie dwóch krokach byłam w powietrzu. Uniosłam się jak motylek w górę, nie byłam w stanie ocenić na jakiej wysokości. Ponieważ było pochmurno, chmury odbijały się w morzu które wydawało się stalowe. Wiaterek we włosach, słoneczko prażyło a ja czułam się leciutka jak piórko. Patrzyłam szeroko otwartymi oczami na zmniejszające się sylwetki ludzi. Polecieliśmy daleko, daleko. Polecieliśmy daleko i wysoko. Nie wiem jak wysoko i daleko poelcieliśmy bo patrzyłam z góry na malutkich ludzików na plaży. Lot trwał w sumie około 10 minut. Potem zawróciliśmy. Z góry widziałam ścieżki naszych spacerów, budkę z napojami (należącą do naszego hotelu) a także naszą plażę. Bo trzeba Wam wiedzieć, że część hoteli ma wyznaczone plaże do swoich terenów. W drodze powrotnej widziałam, że niebawem będziemy w miejscu lądowania. Tymczasem niemal na wysokości plażowania mojej grupy młodzieniec lecący ze mną obniżył lot, zrobił akrobacje odchylenia się do tyłu i dotknięcia ręką wody. Chciałam i ja dotknąć chociaż piętą, ale mi się nie udało. Tak przechylił spadochron że byłam wyżej od niego i nie dosięgnęłam. W międzyczasie lukałam na plażę, szukając wzrokiem moich współtowarzyszy. Pomachałam im z góry. Zaraz potem wzniesliśmy się w gorę tylko po to aby wylądować. Lądowanie było bardzo udane. Nie ma obaw że zaryję w piasku bo nie zdążyłam dotknąć nogami plaży a już dwóch panów z obsługi trzymało liny spadochronu. I tak oto wylądowałam. Zdejmując kapok i uwalniając się z uprzęży krzyczałam głośno "słuchajcie to było boskie" Poszłiśmy razem z Kamilką, Dominisią i Markiem do swoich leżaków. Gęba mi się śmiała od ucha do ucha. Nie mogłam uwierzyć że leciałam. Doszliśmy do reszty naszej grupy. Ja rozradowana zapytałam "widzieliście - leciałam" na co Paweł - mąż Dominiki człowiek o ogromnym poczuciu humoru odpowiedział "jasne że widzieliśmy - poznaliśmy cię po kolczykach". Śmiechu było co niemiara. Zaraz potem sięgnęłam do torebki, wyciągnęłam komórkę i napisałam POLECIAŁAM,WRÓCIAŁAM, BYŁO BOSKO" Teraz już wiecie skąd się wziął ten tytuł. Po obiedzie mieliśmy zaplanowany wyjazd na fermę krokodyli. Tak więc dzień się jeszcze nie skończył a my już mieliśmy tyle wrażeń.

Zaraz po obiedzie, ale ciągle pod wrażeniem mojego latania postanopwiliśmy bo była to środa pojechać na fermę krokodyli. Karmienie odbywa się dla potrzeb turystów trzy razy w tygodniu zawsze po 17.00. Jeszcze przy obiedzie chichaliśmy się z mojego lotu, ale czekała nas następna przygoda. Wszyscy wzięliśmy swój sprzęt turystyczny - kamery, aparaty i głowy pełne pomysłów. Jak zawsze wsiedliśmy w dwie taksówki i w drogę. Taksówkarz podwiózł nas pod samo wejście. A ponieważ było jeszcze trochę czasu postanowiliśmy pooglądać okoliczne sklepy z pamiątkami i podziwiać przepięknie kwitnący hibiskus. Wykupiliśmy bilety po całe 9 dinarów (bez możliwości filmowania czy fotografowania - tylko 7 dinarów) i ruszyliśmy w głąb farmy. Tablica informacyjna o farmie była bardzo czytelna. Rozglądaliśmy się ciekawie po terenie. Pełno palm, chodniki równe, ładnie utrzymane. Trzeba było też zrobić sobie zdjęcie - obowiązkowo. Poszliśmy razem na mostek oddzielający dwa baseny z krokodylami. Spoglądaliśmy na te wielkie zwierzaki. Zbliżała się godzina karmienia. Młody człowiek z obsługi na wózku przywiózł pełno kurczaków. Koło nas było pełno turystów - jak się zorientowałam było mnóstwo czechów. Kręciło się dość dużo panów z ochrony. W pewnym momencie usłyszeliśmy dość głuchy odgłos. A już po chwili zorientowaliśmy się że jest to odgłos kłapnięcia paszczą krokodyla któremu akurat udało się złapać żarełko. Tych krokodyli jak informowała tablica było ok. 400. Rany dostać się takiemu do pyska to już po herbacie. Samo karmienie trwało kilka minut ale warto było to zobaczyć. W międzyczasie nasi panowie dogadali się z młodym pracownikiem obsługi o pokazaniu tylko nam maluszków 3 miesięcznych w oddzielnym pomieszczeniu. Mieliśmy poczekać jak wyjdą turyści a pan nas powiadomi, że już można te bąble oglądać. Czekaliśmy trochę, zanim teren fermy opustoszeje. Nasi panowie poszli na zwiady znaleźć młodego opiekuna krokodyli. Ponieważ ów młodzieniec uznał nas za studentów (??) poczuliśmy się trochę dziwnie - przynajmniej ja. Wspólnie zdecydowaliśmy się na małą zbiórkę. w sumie zebraliśmy chyba 4 dinary. Obserwowaliśmy jeszcze jak ten chłopak wchodził poza ogrodzony teren w bezpośrednim kontakcie z tymi krokodylami, aby uprzątnąć to co zostało z posiłku. Wyglądało to naprawdę nieciekawie. Szczotką ryżową na długim kiju zmiatał do basenu zęby i tp. Fuj. Wreszcie nasz przewodnik zaprowadził nas do pomieszczenia, które stanowiło dla świeżo wyklutych krokodylków i te które miały się dopiero wykluć coś w rodzaju inkubatora. Wchodziliśmy po 4 osoby, a stawaliśmy tak aby przez szybę nie było widać co robimy. Każdy z nas trzymał malucha na ręku. Wrażenie niesamowite. Twarda szczęka, a ciałko aksamitne. Ich opiekun cały czas czuwał nad nimi. Po wejściu naszej drugiej części grupy panowie wręczyli mu nasz napiwek. Nie chciał przyjąć, ale namówiliśmy go. W końcu narażał się dla nas. Byliśmy z tej wycieczki szalenie zadowoleni. Wróciliśmy do hotelu taksówkami jak zawsze dwiema. Zdążyliśmy akurat na kolację. A po kolacji jak zwykle nasza narada produkcyjna w cieniu palmy. Tym razem była urozmaicona bo oglądaliśmy nagranie Marka z mojego lotu. Oj pośmieliśmy się bardzo. Wieczorem znowu poszliśmy na show, ale tym razem z tańcami. A to znaczy, że zostałam zaproszona do tańca przez ...........Przed spotkaniem dzisiejszym postanowiłam skrobnąć jeszcze trochę. Przed wieczornym show zawsze odbywały się tańce. Część turystów siedziała przed sceną i słuchała muzyki. Animatorzy chodzili wśród nas i wybierali sobie kogoś do tańca. Nie powiem - ja też zostałam zaproszona. Zanim poszłam tańczyć, jak małolata prosiłam swoich znajomych wręczając im moją kamerę i aparat do zrobienia zdjęcia ewentualnie sfilmoania swoich pląsów. Śmiechu przy tym było co niemiara. Przyznać jednak muszę, że wszelkie tańce wykonywane na scenie przez animatorów były rewelacyjne. Natomiast tańce "w stylu wolnych" - niestety to było deptanie po palcach. Zastanawiałam się jak to możliwe. Jedyne co mi przyszło na myśl to, że była dobra choreografia i ich rutyna. Zawsze wydawało mi się, że ludzie z czarnego lądu rytm mają we krwi. Oj zawiodłam się i to bardzo. Ponieważ uwielbiam tańczyć chwilami miałam ochotę wg swojego rytmu poprowadzić ten taniec. Potem było wieczorne show, na którym zawsze uczestniczyliśmy, siadaliśmy wtedy w stylu naszych narad produkcyjnych, popijaliśmy winko, piwo i co tam kto chciał.

Następnego dnia, a był to już ostatni dzień mojego pobytu ja jechałam na wycieczkę dookoła wyspy razem z Marta i Krzysiem, Hanusia z Pawłem i Dominiką jechali na jednodniowa wyprawę na Saharę. Oni wstawali bardzo wcześnie, więc nie przedłużaliśmy swojego pobytu przed amfiteatrem ponad to co nas interesowało. Wycieczkę dookoła wyspy prowadził KOJAK, a na Saharę z grupą jechała Pani Ania. Na wycieczkę pojechaliśmy zaraz po śniadaniu. Pierwszy przystanek był przy zatoce Gabes. Piękny widok z jednej strony morze z drugiej ocean. Byli też mali chłopcy sprzedający mapę Djerby. Kojak uprzedził nas, że możemy za nią zapłacić co najwyżej 1 dinara. Tyle przygotowałam i wręczyłam, wyciągając mu z ręki mapę. Bardzo był niezadowolony, ale cóż. Nie miałam zamiaru przepłacać bo okazało się że są to mapy sprzed 5 lat. No i super. Potem pojechaliśmy do Muzeum. To co pokażę teraz na zdjęciu skomentowałam "zobaczcie jak się chłopy o mnie biją" Pojechaliśmy też do zakładu gdzie na miejscu pokazywano nam jak np. zrobić filiżankę ze spodeczkiem. Ponieważ mieliśmy 1,5 godziny wolnego czasu poszliśmy na targ. Jak zwykle coś wypatrzyłam do kupienia. Targowanie to frajda tak dla nich jak i dla nas. Z 80 dinarów podanych przez sprzedawcę wytargowałam na 15 kupując torebkę damską ze skóry. Nie wspomnę o przepięknych szaliczkach no i oczywiście PAREO na które wręcz zachorowałam. Musiałam je mieć no to kupiłam. a co sobie będę żałować. Potem mieliśmy spotkanie przy autokarze nieopodal Fortu Mustafy. a na koniec już niemal wschodząc do autobusu luknęłam jeszcze do warsztatu tkackiego, gdzie panie usadziły mnie przy krosnach. Wróciliśmy do hotelu akurat w porze obiadu. Był to juz niestety dzień mojego wyjazdu. Ja pierwsza opuszczałam Djerbę tak jak pierwsza na nią przyleciałam. Po kolacji moi znajomi bardzo zapraszali mnie do siebie do pokoju. Nie bardzo wiedziałam w jakim celu bo emaile wymienione, numery komórek też, adresy podane to o co chodzi. KOCHANI - oni chcieli mnie uroczyście pożegnać. Gdzieś na moimi plecami kupili wódeczkę i tp. Byłam tak zaskoczona miłym, serdecznym i uroczystym pożegnaniem, że po powrocie do pokoju (a byłam już spakowana) łzy pociekły mi po policzkach. Byli to przecież obcy ludzie. Dziękowali mi za zorganizowanie grupy, za urocze towarzystwo, za wrażenia jakich im dostarczyłam, ogólnie mówiąc za całokształt. Ostatnie zdjęcie które umieszczam jest zrobione przez Hanusię. Ofiarowała mi, żebym patrząc na tą puszystą arabkę pozbyła się kompleksów. Sposób bardzo dobry.
 
Caribbean World Borj Cedria Oasis Fun Club
Hotel **** AI
Cena: 1207 zł
11.04 - 18.04
Dreams Beach
Hotel *** HB
Cena: 1230 zł
26.04 - 03.05
forum TUNEZJA
FORUM [TUNEZJA]